Na podwieczorek do wiedźmy zawitali tym razem :
- Alicja z Krainy Czarów, która kiedyś przedawkowała tabletki ale ją odratowali, co jednak pozostawiło nieodwracalne zmiany w jej głowie, skutkiem czego mała Alicja widziała świat tak jak chciała. Towarzyszył jej kot, który robił za przewodnika po "naszym" świecie. Kot wabił się Braunsztyn (choć Alicja wołała go "Bursztyn") i był starym, ledwo żywym łaciatym dachowcem natomiast Alicja widziała go jako ślicznego persa, który w dodatku przynosił jej cukierki i kwiaty ( w "naszej" rzeczywistości były zdechłymi szczurami i kawałkami kartonu).
-Szalony Kapelusznik, tak właściwie był właścicielem mieszkania które wynajmowała wiedźma. Był on tak oderwany od rzeczywistości że dostał zaproszenie na przedostatnią wieczerzę, a kapelusz założył bo...(sam nie wie dlaczego, podobno pająki mu powiedziały)
-Ja, tzn chłopiec o zielonych oczach. Wiedźma poprosiła mnie abym jej towarzyszył i uraczył gości a przede wszystkim ją samą czymś naprawdę wyjątkowym. Taki miałem zamiar. Uwielbiam kiedy wiedźma się cieszy, wtedy naprawdę czuję że żyję...
Myślicie, że łatwo jest znaleźć czerwone motyle moi drodzy? Otóż jest wprost przeciwnie... trzeba się za nimi sporo nabiegać a pojawiają się niezmiernie rzadko. Dziś właśnie był ten dzień.
Chodziłem po Wrocławiu (tylko to miasto ma tyle magii w sobie, żeby takie rzeczy były możliwe) szukając motyli.
Pierwszą partię złapałem gdy zobaczyłem młodego chłopaka dźgniętego nożem w jednej z bram. Z plamy krwi na brudnej ulicy powoli wylatywały czerwone motyle.
To ja je 'myk' w siatkę i do plecaka.
Zadowolony z siebie, nieświadomy tego dokąd zmierzam trafiłem na piętro opuszczonej kamienicy. W mieszkaniu na owym piętrze była młoda ładna dziewczyna, w czerwonej sukience w białe grochy. Jej włosy miały kolor miodu, co nie uchroniło jej przed tym, że jak mnie zobaczyła weszła szybko na mały taboret, włożyła pętle ze sznura na szyję i tak ubrana poszła na spotkanie ze śmiercią. A ściana za jej szczupłymi plecami była czerwona, ale tynk na niej paskudnie odłaził. I wraz z nim zaczęły odłazić motyle moje czerwone.
To ja je 'myk' w siatkę i do plecaka.
Wracałem już do mojej kochanej wiedźmy, paląc moje ulubione papierosy gdy zauważyłem ja tramwaj ucina jakimś pijakowi nogi. "Daleko mi nie uciekniecie bez nóg motylki kochane" pomyślałem sobie. Z czerwieni nadzieja, w róże czy jakoś tak. Wyleciały, a z sieci trakcyjnej sypały się iskry, ale to nie one mnie dziś interesowały.
To ja je 'myk' w siatkę i do plecaka.
Wróciłem do wiedźmy cały w krukach i skowronkach. Dosłownie bo małe paskudztwa lubią moje papierosy i ciągle mi je próbują zabrać. Ale nie tym razem, kruki się nimi zajęły i skończył się kurwa dla nich dzień dziecka. Tym razem nie było motylków.
Wiedźma podczas mojej nieobecności uśmiechała się do lustra i przy nim ćwiczyła grę na skrzypcach. Jej piękne długie włosy kołysały się lekko w rytm muzyki. W ogóle wiedźma była piękna, najpiękniejsza na świecie dla chłopca o zielonych oczach.
Chłopiec przygotował najpierw sok z motylków, ciągle trzepocące karminowymi skrzydełkami wrzucił je do miksera i nacisnął "Play".
"To za motylki w żołądku cholery jedne" - pomyślała schizofrenia chłopca.
Podałem sok do wysokich szklanek z przydymionego szkła
"Przez przydymione szkło kmioty! " pomyślała ponownie schizofrenia, choć tym razem trochę bolało.
Gościom bardzo smakował sok z motyli, cudownie rozpalał zmysły i gasił pragnienie. Albo na odwrót, nigdy nie pamiętam.
( z pestek-rubinów będą landrynki na później moi drodzy)
Kolejnym przysmakiem były motylkowe ciasteczka. Małe cholerstwa miały wprost niewyobrażalną wolę życia, dlatego nawet wbite w ciasto i włożone do piekarnika trzepotały skrzydełkami. (co zapewniało termoobieg w piekarniku wyjaśniła wiedźma)
Gdy już ciasteczka były gotowe w kuchni wiedźmy (tak przyzwyczajonej do niecodziennych zapachów ) czuć było radość, euforię i zapach pokruszonego kwarcu.
Goście odurzeni lekko czerwienią w tylu postaciach poczęli rozchodzić się do domów, nawet jeśli ich nie mieli. (nie nasz problem powiedziała wiedźma)
Wyszliśmy z wiedźmą na balkon zapalić, takie nasze małe pożegnanie Słońca.
O właśnie! Słońce, zapomniałem o tobie. Chłopiec o zielonych oczach pocałował wiedźmę, po czym trzymając się jedną ręką barierki druga złapał chylące się ku zachodowi Słońce (które wyglądało trochę jak czerwone jabłko, albo zgadnijcie jakiego koloru pomarańcza?).
Żeby się nie oparzyć szybko włożył Słońce do miksera, dodał kostki lodu i włączył "Play".
Nagle Księżyc przejął nieboskłon, i zapanował chaos. Srebrny sierp błyszczał na niebie, a z każdym jego błyskiem z gwiazd lała się srebrna krew.
"Chrzańcie się gwiazdy, wyjebane jesteście" - cynicznie szepnęła wiedźma i przytuliła się do mnie.
Napój ze Słońca i kostek lodu był już gotowy. To czysta płynna czerwień i złoto Bogini Eris zamknięte w kieliszkach.
Chłopiec dolał do nich odrobinę zmrożonej wódki (prezent od królowej śniegu) i postawił na stolę przed wiedźmą.
Wiedźma i chłopiec patrząc sobie w oczy, mając gdzieś śmierć szalejącą za oknem wypili Słońce. Z lodem oczywiście. I tak dalej.
I ŻYLI DłUGO I SZCZĘŚLIWIE. <3







--
zycie to nie bajka nie glaszcze Cie po jajkach
--
Jest taki jeden Skarb na świecie, którego Ci nikt nie zabierze.
Skarb wart więcej niż wszystkie pieniądze czy różne rozrywki.
A na imię mu - Twój Talent...
--
Jest taki jeden Skarb na świecie, którego Ci nikt nie zabierze.
Skarb wart więcej niż wszystkie pieniądze czy różne rozrywki.
A na imię mu - Twój Talent...
--
かわいい です ね ♥
Previous Page12345...Next Page